Blog

SŁÓW KILKA O POMOCACH DYDAKTYCZNYCH

JESZCZE SIĘ TAKI NIE URODZIŁ…. CZYLI: CHCESZ MATERIAŁÓW- ZRÓB JE SOBIE SAM

Praca w przedszkolu uczy wielu rzeczy. Cierpliwości. Konsekwencji. Planowania. Odraczania gratyfikacji. Aktorstwa. Czasem wymaga opanowania sztuki medytacji i relaksacji 😉 Uczy też kreatywności, a pod tym pojęciem rozumiem nie tyle twórczość jako taką, ale przede wszystkim umiejętność kombinowania, tworzenia rzeczy z niczego, szukania zastępników i improwizowania. Ta kreatywność wypracowywana przez lata służy przede wszystkim do tworzenia pomocy dydaktycznych, stosowanych podczas zajęć. Wydawać by się mogło, że żyjemy w czasach, gdy wszystko jest dostępne, można przebierać w kolorach, wzorach, wielkości itp., co chcesz to masz. Nie w moim przypadku. Oczywiście na rynku jest dużo materiałów, które wydają się ciekawe, praktyczne, nowatorskie. Ale chyba jeszcze mi się nie zdarzyło kupić lub otrzymać pomocy, którym nie miałabym nic do zarzucenia. I o ile podczas codziennej realizacji zajęć korzystam z materiałów przewidzianych przez autorów poszczególnych programów, o tyle w przypadku języka angielskiego jakoś nie mogę dobrze trafić. A to nie odpowiada mi wielkość, a to zdjęcia są zbyt krzykliwe, a to zbyt nieczytelne, mają za dużo szczegółów, są zbyt symboliczne jak na możliwości dzieci, z którymi pracuję, a to zwyczajnie- za drogie…Rozumiem, że dla autorów poszczególnych zestawów pomocy są takie, jakie sobie wymarzyli- pamiętajmy jednak, że każdy pracuje trochę inaczej, pomimo, że podstawy metodyczne mamy takie same. Gdy zaczynałam swoją przygodę z językiem angielskim i w ramach kursu metodycznego musiałam zrealizować coś w rodzaju praktyk przyszło mi samodzielnie zaplanować zajęcia, przeprowadzić i poddać się samoewaluacji. Wykonanie pomocy dydaktycznych też należało do zadań. Uśmiecham się dziś na wspomnienie tych flashcards, które wtedy zrobiłam (gdy tylko skądś je wygrzebię to wrzucę, żebyście i Wy mogli się pośmiać i ku przestrodze- jakich pomocy nie robić hehe). Przez lata kupowałam kolejne przewodniki metodyczne wraz z dołączonymi do nich materiałami, ale zawsze tworzyłam dodatkowo własne- dostosowane do moich dzieci, ich możliwości i potrzeb, do moich zajęć i zabaw, do moich wymagań. Prawda jest taka, że jeżeli potrzebujemy czegoś, co będzie funkcjonalne, czytelne i przystępne dla nas i dla naszych wychowanków, musimy zrobić to sami. Gorąco Wam polecam tworzenie własnych materiałów i pomocy do zajęć. Zdradzę dziś kilka patentów na ich proste wykonanie oraz przy okazji podzielę się listą przedmiotów must have, które pomagają mi w codziennej pracy.

MINIMALISTYCZNY ANGIELSKI MUST HAVE

FLASHCARDS

 

Są to po prostu karty przedstawiające poszczególne elementy, które są –moim zdaniem- niezbędne do wprowadzania słownictwa. Korzystam z nich także podczas różnych zabaw (także ruchowych) i powtórek. Są wsparciem przekazu słownego, są podpowiedzią dla dzieci w procesie zapamiętywania poszczególnych wyrazów i niejednokrotnie dodają im pewności siebie, wiary we własne siły i poczucia bezpieczeństwa. W idealnym świecie flashcards powinny być po prostu zdjęciami przedstawiającymi odpowiednie przedmioty, podpisanymi czytelnym pismem, najlepiej drukowanymi literami lub piękną kaligrafią. Znamy bowiem teorię kształtowania się pojęć, wiemy, że najlepiej działa się na materiale konkretnym, w ostateczności korzystamy ze zdjęć. Znaczy to tyle, że jeżeli będziemy realizować temat o owocach, parę dni wcześniej idziemy do marketu, fotografujemy banana, jabłko, arbuza i śliwkę, w domu w specjalnym programie komputerowym podpisujemy zdjęcia w języku angielskim, drukujemy i korzystamy z nich na zajęciach. To w idealnym świecie. W moim nieidealnym życiu siadam do komputera, wyszukuję interesujące mnie obrazki (polecam strony www.edupics.com, www.e-kolorowanki.eu ), drukuję je (a jeżeli nie mam dostępu do drukarki to staram się odwzorować), wycinam, przyklejam na kolorową kartkę, w razie konieczności koloruję, podpisuję, gotowe. Wystarczy jeszcze tylko powkładać je do koszulek- tak, żeby się nie gniotły, żeby nie widać było na nich odcisków paluchów i żeby dzielnie nam służyły. Korzystam z takich samodzielnie wykonanych flashcards od lat, mam ich dwa duże pełne segregatory, na prawie każdy temat. Czy są brzydsze od pięknie wydrukowanych i wydanych zdjęć? Na pewno. Ale czy spełniają swoją rolę podczas zajęć? I to jak. Czy są czytelne dla dzieci? Dostosowane do ich aktualnego poziomu rozwoju? Tak. Znam moje dzieci i potrafię to ocenić. Czy mam kontrolę nad wprowadzanymi słówkami i pewność, że nie zabraknie mi żadnego? Oczywiście. Mi to wystarczy. Są tanie, wymagają jedynie trochę czasu, pracy i materiałów. I powiem Wam coś jeszcze. Ich użycie pośrednio wpływa na samoocenę dzieci. W jaki sposób? Pokazuję im, że moje materiały nie są perfekcyjne. Że też zdarza mi się krzywo wyciąć, brzydko napisać literę, wyjść za linię przy kolorowaniu. Co więcej- moje pomoce kiedyś tak zainspirowały jedną z wychowanek, że w okolicach Świąt Bożego Narodzenia otrzymałam piękną flashcard, gotową do wykorzystania podczas nauki. Ola narysowała anioła, pokolorowała go, wycięła i przykleiła na kolorową kartkę. Nie muszę chyba dodawać, że odtąd używam tego anioła (a właściwie anielicy) podczas zajęć. Obiecuję, że przy okazji postu świątecznego zamieszczę zdjęcie.

GŁOŚNIK BEZPRZEWODOWY

Niezbędny! Gdy moje przedszkole było jeszcze szczęśliwym posiadaczem sali gimnastycznej (ach, te czasy!), wszystkie zajęcia dodatkowe odbywały się właśnie tam. Do dyspozycji był super magnetofon, najgłośniejszy w całym przedszkolu, nie „tnący” płyt, nawet tych starych lub z drugiej ręki. Odkąd sala gimnastyczna stała się zwykłą salą przedszkolną, a targanie wszędzie ze sobą magnetofonu zbyt uciążliwe, zostałam przez dyrektor przedszkola zaopatrzona w głośnik bezprzewodowy. Z nową technologią nie zawsze mi po drodze, ale po czasie stwierdzam, że jest to rzecz absolutnie niezbędna. Nie nosimy ze sobą magnetofonu, nie nosimy stosu płyt, nie martwimy się o to, czy piosenka o jabłuszkach dziś się „przytnie”, jak poprzednio i czy trzeba będzie – o zgrozo!- śpiewać a capella. Można oczywiście odtwarzać muzykę z telefonu, ale mój nigdy nie ma takiej mocy, żeby poradzić sobie z tłumem rozkrzyczanych kilkulatków „śpiewających” piosenkę „Jump, jump”. Jeżeli Wasze mają- pomińcie głośnik w swojej liście.

PACYNKI

W moim przypadku to nie tylko pacynki, ale też różne przytulanki, figurki, piłki z oczami itp. Korzystam z nich w zależności od tematu, okoliczności. Pomagają dzieciom na każdym etapie zajęć. Maluszkom pomagają przełamać nieśmiałość, uczą witania się i/lub przedstawiania, tworzą atmosferę zabawy, zapewniają poczucie bezpieczeństwa. Starsze dzieci niejednokrotnie muszą się zaopiekować swoimi nieożywionymi (czy aby na pewno?) towarzyszami zabaw. Pacynkom często zlecam zadania do wykonania. Niestety- niedouczone- często się mylą: na głowę mówią „nose”, na małe auto „big”, gdy proszę „jump” idą spać, a kiwając głową z wielkim przekonaniem mówią „no”. Skaranie boskie z nimi, dzieci muszą nieustannie je poprawiać. Ale poza tym są kochane. Pies Sparky uczy zwykle części ciała, skarpetka Lilly lubi się mądrzyć, a skacząca piłka Ernie wybiera ochotników do wykonywania zadań. Z nimi jest jakoś tak…weselej. Poszukajcie w domu- może gdzieś tam ukrywa się jakiś osobnik, rzucony w kąt, zapomniany, a który tęskni za byciem użytecznym? Może już czas zabrać go do dzieci?

 

 

ZESTAW KOLOROWYCH FIGUR GEOMETRYCZNYCH (PAPIEROWYCH LUB NIE)

Absolutna konieczność. Służą do wszystkiego: nauki kształtów, kolorów, wielkości. Można je liczyć, segregować, szacować liczebność zbiorów, porządkować wg wielkości, opisywać ich cechy. Można wykorzystać je do zadań matematycznych (tak, zadania z treścią też mają miejsce na zajęciach z angielskiego!). Układamy z nich rytmy 2-, 3-, 4- elementowe. Korzystamy z nich, gdy chcemy podzielić dzieci na grupy, pary. Przydają się jako gotowe elementy do ozdabiania większych powierzchni przy wykonywaniu prac plastycznych. Można z nich ułożyć różne inne kształty (rakietę kosmiczną? człowieka? Samochód? dom?). Wierzcie mi, przydają się do wszystkiego, są nieocenioną pomocą, gdy przychodzimy nieprzygotowani na zajęcia (co oczywiście zdarza się niezwykle rzadko). Gotowe zestawy można kupić, dołączane są czasem do przewodników metodycznych jako prezent od wydawnictwa (ale do tego chyba nie można się przyznawać. Że niby łapówka. Łapówka?! Jaki zawód- taka łapówka. Farmaceuci dostają telewizory i wycieczki zagraniczne, a wydawnictwom zabrania się ofiarowania nauczycielom papierowego zestawu figur, bo nieetyczne…). Warto mieć zarówno papierowe, jak i trwalsze, plastikowe czy drewniane. Można wyciąć podczas wakacji lub wolnego weekendu- zajmie to mniej niż godzinę, a służyć będzie przez długi czas.

NAKLEJKI

Naklejki służą mi przede wszystkim do nagradzania dzieci. Tak, wiem- niektórzy twierdzą, że same uczestnictwo w zajęciach powinno być nagrodą (nieprawda! jest prawem każdego dziecka), uczymy się dla wiedzy i umiejętności, a nie dla nagród. O nagradzaniu napiszę w innym poście, a chwilowo skupię się tylko na zaletach stosowania naklejek. Zwykle rozdaję je dzieciom pod koniec zajęć, właściwie już po pożegnalnej piosence i pożegnalnym pozdrowieniu. Nie będę ukrywać- często pozwalają mi utrzymać dyscyplinę w grupie aż do samego końca (nie mówię tu o wojskowym drylu, zwykle daję dzieciom dużo swobody, ale też nie pozwalam wejść sobie na głowę i robić co się komu żywnie podoba). Staram się dostosować naklejki nie tylko do wieku dzieci i ich zainteresowań, ale przede wszystkim do bloku tematycznego, który aktualnie realizuję. Staram się też (choć czasami mi to nie wychodzi), żeby dzieci miały możliwość wyboru spośród wielu. Dzięki temu jeszcze raz ćwiczymy słownictwo i wymowę, a dziecko ma poczucie, że liczę się z jego zdaniem, że je szanuję, że coś od niego zależy. Poza tym dodaje mu to pewności siebie- nie musi znać wszystkich słówek, wystarczy, gdy zapamięta jedno, które szczególnie mu się podoba i sprawa załatwiona. Nie muszę chyba mówić, że nazywanie tego, co na naklejkach nie jest obowiązkowe- wystarczy, że dziecko wskaże mi tę, którą chce dostać. Jeżeli akurat nie znalazłam nigdzie naklejek dostosowanych do tematu- po prostu drukuję małe obrazki i je wycinam. Czasem zamiast naklejek/ obrazków tematycznych rozdaję po prostu te przedstawiające figury geometryczne lub kolorowe buźki. Bo czy wyobraża sobie ktoś, że będę drukowała obrazki przedstawiające członków rodziny przy temacie „My Family” lub części ciała przy „My body”?

 

 

DOBRE NASTAWIENIE

Może od tego trzeba było zacząć. Żeby było jasne- nie uważam, że pozytywne nastawienie to połowa sukcesu, nie ma tak łatwo… Ale wiem, że bez pozytywnego nastawienia ani rusz. Kiedyś często myślałam, że cały świat jest moim wrogiem. Że nie uda mi się to, co aktualnie mam w planach, że porażka będzie goniła porażkę i nie osiągnę nawet malutkiego sukcesu. Że nie umiem, nie nadaję się, to nie dla mnie, są lepsi, zdolniejsi. Co zyskałam pielęgnując takie myśli? Zły humor. Niską samoocenę. Utratę kilku szans- nie do odzyskania. Z negatywnych, automatycznych myśli leczyłam się parę lat, nadal czasem jakaś się pojawi. Jak teraz podchodzę do życia? Zadaniowo. Jest coś do zrobienia? Super. Zrobię to najlepiej jak potrafię. Czy popełnię błędy? Na pewno. Ale poradzę sobie, wyciągnę wnioski i następnym razem uda mi się ich uniknąć. Mali ludzie, z którymi pracujemy, wyczuwają nasze nastroje, rejestrują każdy brak zdecydowania, wiedzą, kiedy jesteśmy pewni siebie, a kiedy spłoszeni i nieprzygotowani. I co gorsze- potrafią to wykorzystać! Natomiast, gdy z wiarą we własne siły, z pozytywnym nastawieniem i uśmiechem na twarzy zaczniemy realizować to, co sobie zaplanowaliśmy, nasze działania będą zdecydowane, a my sami przebojowi i dynamiczni. Wszytko odbędzie się z korzyścią dla dzieci- łatwiej zaufać dorosłemu, który sprawia wrażenie, że wie co robi. Nie bójcie się próbować, nie obawiajcie się popełniania błędów, poznajcie swoją wartość. Oceniajcie swoją pracę, ćwiczcie i dążcie do bycia coraz lepszym i lepszym. Ja staram się eliminować po jednym błędzie naraz. Małymi kroczkami do celu. Staram się być cierpliwa i pamiętam:

„Każdy krok w dobrym kierunku to dobry krok,

niezależnie od tego, jak długo miałaby trwać podróż”

(Szymon Hołownia, „Boskie zwierzęta)

I to by było na tyle. A bez czego Wy nie wyobrażacie sobie prowadzenia zajęć z języka angielskiego? Napiszcie koniecznie:)

komentarze 2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *